17 sierpnia 1807 roku już od rana spora grupa ciekawych zgromadziła się na nowojorskim nabrzeżu rzeki Hudson w pobliżu więzienia Stanowego, gdzie przycumowany był nader dziwaczny statek. Długi na 46 metrów i wąski (bo mający tylko 4 metry szerokości), wystawał zaledwie na kilka stóp ponad powierzchnię wody. Największą sensację wzbudzał pokaźnych rozmiarów komin oraz maszyna parowa, dobrze widoczna, bo nie przekryta deskami pokładu, a także dwa wielkie, niezgrabne koła łopatkowe po obu stronach kadłuba. Doprawdy, niczego tak dziwnego nigdy tu jeszcze nie widziano. Ludzie przyglądali się z niedowierzaniem owemu cudacznemu statkowi, który miał o własnych siłach — bez wioseł i żagli — popłynąć pod prąd do odległego o 240 kilometrów miasta Albany. Na pokładzie wrzała gorączkowa praca. Pod kierownictwem wysokiego, elegancko ubranego dżentelmena, wyglądającego na angielskiego lorda, czyniono ostatnie przygotowania do podróży. Był to znany już inżynier wynalazca, a zarazem malarz miniaturzysta — Robert Fulton (1765—1815), rodem z Pensylwanii, który powrócił niedawno z Europy, gdzie przebywał prawie dwadzieścia lat. Wkrótce, przeciskając się przez gęstniejący tłum widzów, zaczęli przybywać zaproszeni goście. W większości byli to przedstawiciele wpływowej i zamożnej rodziny wspólnika Fultona, Roberta R. Living!stona, wybitnego polityka i dyplomaty, oraz ich przyjaciele. Na pokładzie zebrało się eleganckie, doborowe towarzystwo. Przybyła również młoda kuzynka Livingstona, nadobna Harriet, o której rękę starał się Fulton.